Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Macierzyństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Macierzyństwo. Pokaż wszystkie posty

środa, 19 lutego 2014

Ratunku! Kaszka!

W związku z tym, że moje cudowne dziecko skończyło już pół roku, zaczęłam zapoznawać je z różnymi smakołykami o konsystencji stałej. Marchewka, ziemniaczek, cukinia, dynia ... -dwie ostatnie, pocięte i zamrożone jeszcze jesienią, specjalnie na tę okazję :) Nie ukrywam, że czasami wspomagam się gotowymi słoiczkami ( w końcu po to są), ale mam też ambicje samodzielnego pichcenia. Zmiksowanie kilku jarzyn nie jest jakoś specjalnie czasochłonne, a radość z kombinowania ze składnikami i proporcjami- bezcenna :) 

"Gotowanie" papek ma dwie podstawowe zalety: nigdy nie wyjdzie idealnie gładka jak te sklepowe - raz jest bardziej wodnista, innym razem bardziej gęsta i zawsze znajdą się jakieś grudki. Druga to fakt, że szanse powtórzenia proporcji są minimalne, co pozwala dziecku zaznajamiać się z różnymi smakami i konsystencjami. Rozpoczęłam również przygodę z BLW - popularną ostatnio metodą poznawania dziecka z żywnością, za pomocą udostępniania mu produktów znajdujących się na talerzu. Na razie pozwalam mu zjadać to, co ma na swoim,  a więc ugotowane w całości brokuły, ziemniaki, marchewki itd. Oczywiście większość ląduje na podłodze, ku radości psa- naszej domowej "ekipy sprzątającej", ale widać, że Mały ma frajdę i chce naśladować rodziców, więc niech ma. I tak nic się nie zmarnuje  :) 
Zajadamy więc lunche, obiadki i podwieczorki i za każdym razem staram się proponować coś innego.
A co na śniadanie i kolację? Oczywiście kaszka. Pyszna, zdrowa, z owocami. Mniam.
 Z rozpędu kupiłam bananową, malinową, morelową i jabłkową. Jak się jednak okazało, żadna z nich owoców raczej nie widziała. Ba! Nawet obok nich nie leżała, bo 1,2% owoców w kaszce owocowej dla dzieci to trochę mało. Słabo mi się robiło jak zaczęłam czytać składy tych produktów. Połowa to mleko modyfikowane, a zaraz po nim cukier.... 
Lekko zniesmaczona zaczęłam szukać.... sinlac, kleik ryżowy, kukurydziany, mimina z bobovity, kilka kaszek "bez cukru" i "wielozbożowych" i na tym koniec. To mają być jedyne w miarę wartościowe produkty?
Oczywiście, że nie. U naszych niemieckich i czeskich sąsiadów można wybierać do woli. Jaglana, gryczana, owsianka... do tego można dokupić mus np. z mango. Nawiasem mówiąc, dla szukających owocowego urozmaicenia, smaki mango i marakuja są dostępne w Rossmannie. Ot, miła niespodzianka. Niestety w porównaniu do niemieckiej oferty, nasza i tak jest uboga...
Ale wracając do moich zakupów (oczywiście na allegro) na pierwszy rzut poszły niemieckie:

kaszka jaglana (w składzie mąka jaglana z pełnego przemiału i wit. B1), owsiana ( w składzie mąka pełnoziarnista z ziarna owsa, wit. B1) i z siedmiu zbóż ( w składzie: pszenica ekologiczna, organiczne ziarno owsa, ekologiczna mąka żytnia, ekologiczna mąka kukurydziana, kasza jęczmienna organiczna, organiczne ziarno prosa, mąka ryżowa organiczna, wit. B1) Koszt takich kaszek to ok. 10-15zł.



 Perełka: olej tłoczony na zimno, a w nim: olej rzepakowy, słonecznikowy, lniany, rybny i z kiełków pszenicy. Koszt: ok. 18zł.

i kilka musów. Podobne znalazłam w Rossmannie Hippa, ale z przeznaczeniem od roku, a te kupione na allegro mogą być stosowane już od 6m. W składzie owoce i warzywa: jabłko, banan, gruszka, kiwi; jabłko, śliwka, porzeczka, banan; maliny z owsianką; komosa quinoa, maliny, winogrona; gruszka, jabłko, szpinak. Koszt ok. 5,50/szt.


 Wszystko zamówione u tego użytkownika. Wszystko bio i tylko kaszka Milupa nie ma zielonego listka- europejskiego znaku świadczącego o jakości produktu.
Na razie czekam na paczkę, więc nic więcej nie mogę Wam powiedzieć, ale już mam upatrzone kolejne sztuki (tym razem od czeskich sąsiadów), więc myślę, że częściej będę korzystać z tej formy zakupów :) 



czwartek, 21 listopada 2013

Gadżety Malucha cz.2


Ratunku! Moje dziecko ma kolejny skok rozwojowy. To już trzeci...
Nie śpi, je jakby w brzuchu miał ukrytego, równie głodnego, brata bliźniaka, jest marudny, niezdecydowany i zmienia swoje nastroje niczym kobieta przed okresem. W skrócie mówiąc widać, że się biedak męczy. A my razem z nim.
Z początku raczej sceptycznie podchodziłam do tej teorii, bo niby skąd jacyś naukowcy mieli by wiedzieć, w którym  tygodniu życia niemowlę zacznie dostrzegać wzory, a w którym kolory? I niby wszystkie dzieci miałyby przechodzić ten moment tak samo? I w tym samym czasie? No właśnie. Trochę naciągane....
 Ale u nas teoria skoków (jak na razie) sprawdza się bez żadnych odchyleń. Trochę to przerażające... :)
Pierwsze dwa takie skoki trwały dwa, do trzech dni i były dokładnie w siódmym i dwunastym miesiącu. Tym razem jednak nasza mała domowa apokalipsa rozpoczęła się w piętnastym tygodniu i trwa już znacznie dłużej. Na szczęście na stronach, na których piszą o skokach, uprzedzili, że ten trzeci to już nie zabawa. A podobno kolejne są jeszcze gorsze...Eh.
W każdym razie, nawet jeśli to czysty zbieg okoliczności, jeśli po prostu szukam logicznego (bardziej lub mniej) wyjaśnienia dziwnego zachowania mojego syna, to cieszę się, że trafiłam na tą teorię. Dzięki temu nie mówię, że: "moje dziecko jest niegrzeczne" i tracę cierpliwość.  Dzięki temu tulę, noszę, bujam, całuję i śpię razem z nim, po prostu grzeszę na całego :) Dzięki temu też rozumiem, współczuję i cierpliwie pomagam mu przejść przez ten trudny dla niego czas.
No właśnie. Czas. Cały swój poświęcam temu najbardziej cierpiącemu w naszym domu, więc niewiele mogłam podziałać na blogu. Jakiś czas temu jednak rozpoczęłam podsumowanie doświadczeń na temat kosmetyków, które miałam okazję przetestować na sobie i Sebastianie. 
 Dlatego dzisiaj będzie post o kosmetykach. I tych dla dzieci i tych dla ciężarnych. Których używałam? Które stosuję do teraz? Które się sprawdziły, a których zdecydowanie nie polecam?

Jeszcze będąc w ciąży zdecydowałam się na serię Babydream z Rossmanna. Używałam płynu do kąpieli (który zostanie już w mojej łazience na dłuższy czas) i różowej oliwki dla ciężarnych, która ma świetny skład i jest stosunkowo niedroga (ok. 12zł). Oba te kosmetyki okazały się strzałem w dziesiątkę.
Przez pierwsze trzy miesiące stosowałam również krem tej samej serii, który od drugiego trymestru zastąpiłam jednak bardziej specjalistycznym kremem przeciw rozstępom dla kobiet w ciąży Elancyl. I tutaj należy się kolejna pochwała, ponieważ mimo rodzinnej tendencji do blizn, na moim brzuchu nie powstał ani jeden rozstęp. Czy to bardziej zasługa oliwki stosowanej na wilgotną skórę po kąpieli czy tego właśnie kremu- nie wiem, ale w duecie znakomicie dbają o skórę, która w ciąży jest przecież  poddawana prawdziwym torturom :)
Krem ma tylko jedną wadę- intensywny zapach, który w ciąży jest jednak trochę dokuczliwy. Jego cena również mogłaby być niższa, ale zakładając, że dzięki niemu skóra po ciąży nie ucierpi, warto w niego zainwestować. Warto dodać, że ostatnie dwa miesiące ciąży, kiedy brzuch już napinał się maksymalnie, masowałam go kilka razy dziennie, a nie tylko dwa.


Dosyć przydatnym gadżetem okazał się również krem- maść na brodawki. Wypróbowałam  trzy pokazane poniżej. Wszystkie mają bardzo dobre składy i co ważne, nie zawierają glukozy, która podobno stanowi świetną pożywkę dla... grzybków...
 Pierwszy z nich Babylove nie jest dostępny w Polsce. Swój otrzymałam od koleżanki, która przywiozła mi go z niemieckiego Rossmanna. Drugi Lipoderm zakupiłam w jednym z hipermarketów. Największym jednak zaskoczeniem okazała się maść firmy Avent. Niezbyt droga(jak na możliwości tej firmy), z dużą ilością świetnych składników i jak na tak komercyjną markę, genialna w codziennym stosowaniu. Jestem z  niej zadowolona do tego stopnia, że smaruję nią również usta i skórki przy paznokciach i z pewnością będę do niej powracać- nie tylko będąc w ciąży ;)


Dla Malucha również postawiłam na kosmetyki z serii Babydream. Dobry skład, delikatny zapach i przystępna cena- czego chcieć więcej :) 
Do kąpieli używam więc płynu do mycia ciała i włosów, a po nim oliwkę tej serii, na zmianę z oliwką Hipp. Mimo, że droższa to obietnice producenta na opakowaniu zachęcają do inwestowania w nią. Te produkty w zupełności wystarczają do codziennej pielęgnacji mojego synka. Nie wystąpiła po nich żadna wysypka i (jeśli producenci nie kłamią) kosmetyki te są idealne dla wrażliwej skóry małego dziecka.
 Po drodze otrzymałam jednak sporo próbek, które chętnie przetestowałam. Z góry jednak zaznaczam, że nie oceniam ich działania, a jedynie moje odczucia, bo przecież na podstawie jednej próbki nie jestem w stanie wywnioskować czy dany preparat działa z godnie z opisem na opakowaniu.
Najbardziej oczarował mnie płyn do mycia Mustela. Nie tyle sam produkt, bo skład ma trochę gorszy od rossmannowskiego, ani też cena, bo jest zdecydowanie droższy, ale zapach. Cudny, delikatny i bardzo specyficzny, ale i przyjemny zapach. Zakochałam się w nim do tego stopnia, że być może wydam nawet te 50zł, aby od czasu czasu zastąpić poczciwego babydream'a tym właśnie kosmetykiem.


Jak zwykle w przypadku kosmetyków bezzapachowych, mam problem z oceną żelu do kąpieli i kremu Pharmaceris. Oczywiście należy się pochwała za brak duszącego zapachu, ale w codziennym stosowaniu brak jakiegokolwiek zapachu odbiera taką zwykłą przyziemną radość używania danego kosmetyku. I właśnie dlatego produkty bezzapachowe są u mnie na przegranej pozycji...
Zupełnym przeciwieństwem jest z kolei olejek Ziajka, który jak dla mnie, zapach ma zdecydowanie zbyt intensywny, wręcz duszący. Przecież to kosmetyk dla małych dzieci... Czy działa na ciemieniuchę? Nie wiem, bo poza zapachem, zirytowała mnie konieczność spłukiwania go. W przypadku dziecka samodzielnie siedzącego w wanience to może nie jest problemem, ale jeśli jedną ręką przytrzymuje się wiercącego się czteromiesięczniaka, a drugą próbuje się go umyć, to spłukiwanie mu czegoś to po prostu dodatkowa czynność, niepotrzebny problem. I tutaj kolejny punkt dla płynu Babydream, za to, że można go po prostu wlać do wanienki i koniec :)
Płyn Nivea okazał się całkiem przyjemny w użyciu, natomiast nie na tyle, żebym go kupiła zamiast dotychczasowego. Olejek Emolium natomiast został zdyskwalifikowany przez Marcina. Jako główny dowodzący- kąpiący stwierdził, że "płyn się nie pieni, więc sama mam go sobie używać, bo nasze dziecko uwielbia pianę".

Chusteczki nawilżające. Oj tak. Tego idzie w ilościach bliżej nieokreślonych, ale z całą pewnością hurtowych:) Przetestowałam ich sporo, głównie dlatego, że odwiedziny kogoś z rodziny zwiastują pojawienie się również nowej paczki chusteczek. Z jednej strony dobrze, bo akurat tego produktu nigdy za wiele, z drugiej natomiast- niektórych z nich nie użyłabym na sobie, a co dopiero na skórze mojego dziecka.
Ale od początku. Zacznę może od tego, że nie jestem żadną specjalistką w rozszyfrowywaniu składów produktów spożywczych czy kosmetycznych, ale znam podstawy (im prościej tym lepiej, im wyżej w składzie dany składnik tym jest go więcej itd.) i nimi kieruję się podczas zakupów. Mając na myśli "kiepski skład" trzymam się też wersji, że parabeny są złe, chociaż z tego co doczytałam, nie do końca im to jeszcze chyba udowodniono...
Chusteczki Kindii, dostępne m.in. w Rossamnnie, mimo całkiem dobrego składu (bez parabenów itd.) mają jedną zdecydowaną wadę- zapach. Jest tak intensywny, że bardziej przypomina starszą panią, która właśnie wylała na siebie flakonik perfum rodem z PRL-u, niż kosmetyk dla małych dzieci. W ostateczności używam (chociaż częściej do mycia blatu w kuchni), jednak na dłuższą przyjaźń z tym produktem nie ma co liczyć.
Najwięcej miałam do czynienia z chusteczkami Dada (Biedronka). I o ile z pieluszek jestem bardzo zadowolona, to skład chusteczek już raczej zasmuca. W skrócie: same świństwa. Trafiłam tylko na jedną serię z tej firmy (seria z bawełną, której akurat nie ma na zdjęciu, ale w sklepie szukajcie niebieskiego opakowania), której skład jest poprawny. Reszta niestety średnia :(

Miłe zaskoczenie to chusteczki z Lidla. A do przetestowania mam jeszcze chusteczki z Tesco i Rossmanna. W tym drugi kupiłam również śliczne opakowanie zwykłych ( suchych :) chusteczek. Pudełeczko tak mi się podoba, że aż żal będzie mi je wyrzucić :)



Na dzisiaj tyle. I tak się rozpisałam jak na brak czasu :) 
A synek śpi dzisiaj wyjątkowo spokojnie, więc może to już koniec tego skoku? Oby.


poniedziałek, 14 października 2013

Gadżety Malucha cz.1

Jak ostatnio wspominałam, postanowiłam podzielić się z Wami swoją opinią na temat niektórych dziecięcych produktów. Kupowanie wyprawki dla dziecka to wielka przyjemność, ale dopiero podczas użytkowania poszczególnych przedmiotów wychodzi przysłowiowe szydło z worka.... :) Może więc komuś przydadzą się moje doświadczenia.


Na początek dwa konkrety: wózek i fotelik samochodowy.

Wózek
Wybrałam polskiego producenta (tak, tak, jeszcze tacy są :) wózek głęboki ze spacerówką, na zawieszeniu sprężynowym i obrotowymi przednimi kółkami. Mieszkam za miastem, gdzie dziura w drodze goni kolejną dziurę i trochę się bałam jak to dosyć sztywne zawieszenie sobie poradzi, ale okazało się, że (mimo trudnych początków, gdzie wózek podskakiwał na każdej dziurze) zawieszenie po kilku spacerach zaczęło ładnie pracować, a najlepszym dowodem jego użyteczności jest natychmiastowe usypianie mojego synka :)
Duża gondola, duże pompowane koła, spory koszyk i dodatki takie jak moskitiera i folia przeciwdeszczowa zdały egzamin. Teraz zaczynam również doceniać regulowane oparcie w gondoli, dzięki któremu dziecko może leżeć w pozycji półleżącej i oglądać co się dookoła niego dzieje - trochę jak w leżaczku.
Wózek wygląda tak:


 Przepraszam za bałagan w koszyku, ale jako początkujący rodzice zabieramy ze sobą wszystko co może się przydać :) A tak wygląda na zdjęciu producenta:

 Źródło: alejka

 Jak widzicie do wyboru były dwa stelaże: Bolder czarny lub szary. Ja zdecydowałam się na ten drugi jako bardziej sportowy :) Dla lubiących klasykę, dostępna jest również wersja z tradycyjnym stelażem.
 Z tego co widziałam na stronie, pojawiła się też nowa kolekcja wózków z okienkiem w gondoli. Wygląda całkiem ciekawie, a obserwując zachowanie mojego synka wydaje mi się, że okienko to może okazać się fajnym rozwiązaniem i trochę żałuję, że kiedy ja wybierałam wózek, tej opcji jeszcze nie było, bo zapewne bym się na nią zdecydowała.


Fotelik samochodowy 0-13kg
Mimo, iż do tego modelu wózka dobrać można foteliki z opcją montowania na stelażu (np. Maxi Cosi), ja świadomie zrezygnowałam z tej możliwości i wybrałam fotelik Creatis. Czy zrobiłam dobrze? Chyba tak, ponieważ do tej pory tylko dwa razy wykorzystałabym tę funkcję. Fotelik jest solidny, ma dobre wyniki w crash testach i według mnie jest śliczny :) 

Źródło: poltrade

Elementy, które go wyróżniają to wyprofilowana rączka (zdecydowana większość fotelików ma rączkę prostą), regulowany zagłówek, dzięki czemu można go lepiej dostosować do wielkości dziecka i daszek przeciwsłoneczny- który przynajmniej przy moim kolorze, jest w czarno-biały wzorek, dzięki czemu dziecko uwielbia się w niego wpatrywać :)
Zdecydowaną wadą tego fotelika jest jednak jego waga. Nie wiem ile ważą inne, nie wiem ile waży ten, ale według mnie zdecydowanie za dużo... Czy dziecku jest w nim wygodnie? Chyba tak. Wygląda jakby było zadowolone mimo, że taka pozycja dorosłemu wydaje się nienaturalna. Trochę jakby leżało w nim tak dziwnie powyginane... Ale wiem, że każdy z fotelików w tej grupie wagowej ma podobną konstrukcję, która przede wszystkim ma zapewniać bezpieczeństwo, a dopiero potem wygodę.


Fotelik ten jest przestronny, dosyć szeroki i wystarczająco długi, a regulowany zagłówek podąża za dzieckiem. Przyznać jednak muszę, że dla noworodka siedzisko to było zdecydowanie za duże i moim zdaniem przydałaby się dodatkowa wkładka redukująca. W tej chwili natomiast jest wręcz idealnie dopasowany do mojego bobasa :)

Czy polecam te produkty? 
Wózek zdecydowanie tak. Przynajmniej na razie. Jeżeli z jakiegoś powodu miałabym zmienić zdanie, z pewnością Was o tym powiadomię. Tymczasem sprawuje się nieźle, więc polecam.
Co do fotelika- daję duży minus za wagę mimo, że ma ona zapewne znaczenie w kwestii bezpieczeństwa (zbyt lekki mógłby nie być wystarczająco solidny) Przy dosyć jednak częstym przenoszeniu  dziecka, które też swoje waży, może poważnie nadwyrężyć plecy. Plusy natomiast za wygląd, wyniki w crash testach i jakość wykonania.

A przy okazji chciałabym poruszyć temat publikowania zdjęć dzieci w sieci.... Jak zauważyliście mam pewne opory, aby pokazywać buzię swojego synka. Kiedyś będzie przecież dorosłym mężczyzną i  nie wiem czy będzie zadowolony z faktu, że zdjęcia z jego dzieciństwa krążą gdzieś w Internecie.... 
W każdym razie mam pewne wątpliwości czy publikować jego wizerunek czy może lepiej nie...

A Wy co tym myślicie?


Czekam na Wasze opinie, a na dzisiaj z mojej strony to tyle. W następnym poście napiszę kilka słów o kolejnych "niezbędnikach", które przetestowałam na własnej skórze.

Zapraszam :)


poniedziałek, 30 września 2013

Pierwsze tygodnie macierzyństwa

Pierwsze tygodnie macierzyństwa za mną. Muszę przyznać, że było cudownie. Chociaż nie obyło się też bez łez...


Nie wiem czy to hormony, czy feromony, czy oksytocyna czy adrenalina, ale bycie mamą to wielka frajda. Można godzinami patrzeć na swoje dziecko, podziwiać je, wąchać i całować. Mimo zmęczenia, nadal ma się ochotę przenosić góry. To zupełnie inaczej niż moje dotychczasowe wyobrażenia o tym stanie.
Zawsze wydawało mi się, że opieka nad noworodkiem wyczerpuje, ogranicza  i po prostu
"trzeba to przejść". Oczywiście w pewnym stopniu też tak jest. Pobudka co trzy godziny, czasem częściej (bez nocnej przerwy), przewijanie, karmienie... Mnóstwo rzeczy do zrobienia. Wszystkie na już.
 Ale to nic w porównaniu z przyjemnością jaką się odczuwa patrząc na swoje dziecko. A kiedy pojawia się pierwszy uśmiech... bezcenne :)
Jak każde życiowe doświadczenie, również i to niesie za sobą chwile szczęścia, ale i smutku. 
Robiąc szybkie podsumowanie- najgorszy moment mojego krótkiego jak na razie macierzyństwa, to konieczność zostawienia dziecka (tzn. mojego kochanego synusia) na dwa dni w szpitalu z powodu żółtaczki. Łzy lały się strumieniami mimo, że  leżąc pod lampami, w kolorowej pieluszce i okularkach przeciwsłonecznych wyglądał jakby spędzał wakacje na Hawajach lub przynajmniej opalał się w solarium. Nie było to jednak dla mnie zbyt dużym pocieszeniem. Mam więc nadzieję, że już nigdy więcej nie będę musiała powtarzać tego doświadczenia. 
Innym momentem, który wspominam raczej średnio pozytywnie, a jego skutki odczuwam do teraz, to decyzja o przestaniu (poddaniu się?) karmienia piersią. Mimo wielu prób, mój syn wybrał butelkę. I właśnie wtedy rozpoczęła się trudna walka o mleko. Nawały pokarmu przeplatały się z kryzysami laktacyjnymi, ogarnięcie tych wszystkich butelek, smoczków i wszystkich urządzeń, które za sobą niosą, oraz zmęczenie ciągłym pilnowaniem czasu, żeby odciągnąć pokarm, żeby po nakarmieniu dziecka poświęcić kolejną godzinę, zamiast się wyspać. Przede wszystkim jednak, najgorszy jest każdorazowy wybór- spędzić czas z dzieckiem czy odciągnąć mleko? Na początku: masakra. Teraz to już po prostu podwójna robota: karmienie i odciąganie kolejnej porcji.... cóż człowiek podobno do wszystkiego może się przyzwyczaić, ale początki są trudne.
I kiedy przyszedł kryzys; kiedy wyczerpanie sięgnęło szczytu; kiedy już nie miałam siły, kiedy myślałam, że nie dam rady- właśnie wtedy mój syn się do mnie uśmiechnął. I wiecie co? Daję radę :)
Bo zdecydowanie więcej jest cudownych chwil. Jeśli miałabym wybierać te najwspanialsze to pierwsze "Agłuuuuu", które zaskoczyło i zachwyciło jednocześnie. A liderem jest oczywiście pierwszy świadomy, skierowany do mnie i tylko do mnie, uśmiech. 
Szeroki, szczery i tyko mój :)
Wczoraj natomiast moje dziecko po raz pierwszy chwyciło grzechotkę. Jeszcze nieporadnie i raczej nieświadomie, ale i tak jestem z niego dumna :) 

A wszystkim młodym mamom, które zastanawiają się czy karmić swoim mlekiem, podpowiadam, że warto. (łatwiej oczywiście piersią, ale jeśli się nie uda, to chociaż na około- jak ja). Powód?
Mamy właśnie za sobą pierwsze jesienne przeziębienie. Mój organizm produkował przeciwciała, które potem wraz z mlekiem podawałam Małemu. Dzięki temu skończyło się na katarze i kilku kichnięciach :) To zdecydowanie lepsze niż lekarz, szpital i antybiotyk...
Mimo, że daleko mi do tej całej nagonki na temat karmienia naturalnego, która zapewne nie jedną młodą matkę wpędziła w poczucie winy i zawahała jej poczuciem wartości, to jednak zachęcam. Żeby chociaż spróbować :)

Jeżeli kogoś interesuje ten temat to rozpoczynam nową serię: Gadżety Malucha, w których podzielę się opinią o niektórych "dziecięcych niezbędnikach". Już niedługo pierwszy post:) Zapraszam.



piątek, 13 września 2013

DIY - osłonki na dziecięce butelki

I znowu wykombinowałam.... Ale od początku. 
Mój syn stwierdził, że moje piersi mu nie odpowiadają. Nie wnikając w szczegóły (których właściwie i tak nie poznałam) wybrał butelkę. Ja posłusznie się na to zgodziłam. Chociaż zawsze uważałam swój biust za raczej normalny, nie dyskutowałam zbyt długo. Wiadomo - dziecko głodne jest już,  teraz, natychmiast, więc rozmowa zbytnio nam się nie kleiła :)
Mając jednak sporo mleka postanowiłam zaprzyjaźnić się z laktatorem. Dla nie wtajemniczonych- w dużym uproszczeniu- urządzenie, które odsysa z matki mleko, aby można je było podać dziecku w butelce:)
Cel: wykarmić swoje dziecko, bez pomocy mleka modyfikowanego - w naszym domowym slangu : bez McDonalda :)
I tak od niecałego miesiąca walczę i ... na razie daję radę :)


W każdym razie, gdzieś między zmywaniem, przelewaniem, mrożeniem a karmieniem, wpadło mi do głowy, że pokarm w butelce wystawiony jest na działanie światła. A co ze składnikami w nim zawartymi, wrażliwymi na światło? Np. witaminą C ? 
Postanowiłam więc działać... No i wykombinowałam. Osłonki na butelki :)



Kolejny raz wykorzystałam czarne rajstopy, ale może to być dowolny materiał. Jedyny warunek- musi mieć ciemny kolor, bo inaczej raczej nie ochroni pokarmu przed działaniem światła.
Oczami wyobraźni widziałam granatowe, oliwkowe lub w paseczki materiały z wyhaftowanymi lub przyszytymi dziecięcymi aplikacjami... Niestety z powodu braku środków i czasu, posłużyłam się tym co miałam pod ręką.  I o to co mi wyszło:






 W ten o to sposób butelki mogą stać i czekać na "małego głodka", a pokarm w nich schowany jest bezpieczny... Przynajmniej tak mi się wydaje :)

Pozdrawiam cieplutko



niedziela, 1 września 2013

Karuzelka działa :)

Dzisiaj tylko króciutka informacja dla tych, którzy czytali o (lekko zmodyfikowanej) karuzelce dla mojego synka. Dla tych, którzy są zainteresowani tym tematem odsyłam tutaj.

 
A więc muszę przyznać, że karuzelka działa. Młody ma dopiero miesiąc i jak na razie nie zatrzymuje wzroku na żadnej zabawce, poza właśnie czarno-białymi elementami karuzeli. Sprawdza się to szczególnie podczas przewijania. On (zwabiony muzyką) odchyla lekko głowę i wpatruje się w kołyszące się pluszaki, a ja w tym czasie robię co konieczne :)

 
Źródło: merlin

Idąc więc tym torem wyszukałam grzechotki, które równie mocno powinny zainteresować każdego malucha. Nie miałam jeszcze okazji widzieć ich na żywo, więc nie wiem jaki wydają dźwięk, ale kryterium wizualne spełniają w 100%.

 Źródło: merlin

Panda i zebra firmy Lamaze to jak na razie jedne z nielicznych zabawek, w takich kolorach. Mam nadzieję, że zdadzą egzamin tak jak moja karuzelka :)


niedziela, 18 sierpnia 2013

Zapach noworodka...


Urodziłam. 
Urodziłam ślicznego synka, który wczoraj skończył dwa tygodnie. 
Jestem przeszczęśliwa, choć nie zawsze było łatwo...
Przyznaję już na wstępie, że tego posta zaczęłam pisać jakiś czas przed porodem. Nie chciałam, aby niektóre rzeczy mi wypadły z głowy, dlatego zaczęłam je notować jak tylko wpadłam na pomysł napisania takiego podsumowania ciąży. Nie mogłam natomiast opublikować go wcześniej, ponieważ nie byłaby to pełna aktualizacja. Właśnie z tych powodów, kiedy Wy czytacie te słowa, ja tulę w ramionach swoje Maleństwo...



Ale zacznijmy od początku...

Najważniejsze momenty w ciąży


Dwie kreski -  ok. 2 tygodnia

Mimo, że planowane, chciane i wyczekiwane, pojawienie się drugiej kreski na teście wywołało burzę uczuć. Radość, ogromna radość mieszała się z lękiem (swoją drogą odczucia te zostały już do końca ciąży, ale o mniejszej intensywności). Stało się! Co teraz? Czy damy radę? Czy wszystko jest dobrze? To pytania, które przelatywały przez głowę niczym błyskawice po burzowym niebie.

 USG - ok. 12 tygodnia

Zobaczenie bijącego malutkiego serduszka na ekranie lekarskiego monitora to niesamowite przeżycie. Nieporównywalne z żadnym innym, chociaż tych innych jest sporo i każde z nich jest wyjątkowe na swój sposób. Jak wiadomo pierwsze miesiące ciąży obarczone są największym ryzykiem niepowodzenia. Między innymi dlatego ukazanie się na ekranie bijącego punktu jest taką radością. Oznacza bowiem, że natura spisała się i kolejny raz udało jej się stworzyć nowe życie. Widok ten staje się również kolejnym "namacalnym dowodem" istnienia dziecka. Z zresztą każde USG jest dużym przeżyciem, zwłaszcza dla tatusia, który przecież inaczej niż kobieta doświadcza oczekiwania na dziecko. Dlatego przyszłe mamy, nawet jeżeli Wasz partner nie jest przekonany do tego pomysłu, zachęcajcie go do odbycia chociaż jednej wizyty z Wami. Terminu następnej będzie pilnował sam ... :)

Pierwsze kopniaki - ok. 18 tygodnia

Pierwsze ruchy dziecka to jeden z tych momentów, których chyba nie zapomina się do końca życia. Przyznać muszę, że wyczucie ich wcale nie jest takie łatwe i oczywiste. Wśród wszystkich ruchów i dźwięków odbywających się we wnętrzu brzucha (czasami mam wrażanie, że w moim jest to liczba zdecydowanie nadprogramowa), wyczuć delikatne muśnięcie kilkucentymetrowej istotki nie jest proste. Kiedy już jednak wątpliwości znikają i już wiesz, że to śmieszne łaskotanie (zupełnie niezależne od Ciebie) to są pierwsze ruchy Twojego dziecka, zaczynasz ich wyczekiwać. Z czasem pływak staje się coraz silniejszy, co za tym idzie jego kopniaki również. I mimo, że po całym dniu bycia kopaną masz już dosyć, następnego dnia znowu zaczynasz na nie czekać i kiedy się rozpoczną- na Twojej twarzy pojawia się uśmiech...

Badanie połówkowe -  ok. 22 tygodnia

Samo badanie jest oczywiście bardzo ważne, ponieważ pozwala określić stan zdrowia Malucha. Dla zdecydowanej większości przyszłych rodziców słowa: "Wszystko jest w porządku" są bezcenne. W naszym przypadku jednak badanie połówkowe miało ogromne znaczenie z jeszcze innego powodu. To właśnie dzięki niemu dowiedzieliśmy się, że będziemy mieli synka. Wiem, że są rodzice, którzy do samego końca nie chcą znać płci dziecka. Szczerze przyznam, że nie rozumiem za bardzo takiego podejścia, ale jak najbardziej je szanuję. My mimo, iż nie mieliśmy jakiś szczególnych preferencji i było nam zupełnie obojętne czy będzie syn czy córka, od razu chcieliśmy wiedzieć "co zmajstrowaliśmy" :) Była to czysta ludzka ciekawość. Ciekawość rodzica, który będzie przygotowywać pokój, szykować wyprawkę i wybierać imię...

Poród

No tak.... i tu mogłabym się rozpisać, bo jeszcze co nieco pamiętam... :)
Pamiętam, że jak wyjeżdżałam z sali porodowej, zadeklarowałam, że więcej tu nie wrócę, a mój syn będzie jedynakiem... pamiętam też, że w chwili kiedy zobaczyłam go pierwszy raz, cały ból gdzieś się ulotnił (tylko na chwilę, ale jednak)
Po tygodniu dopuszczałam już myśl o rodzeństwie, a teraz kiedy Sebastian tuli się w moje ramiona i nieśmiało się uśmiecha, jestem pewna, że było warto i z pewnością to powtórzę :)





Bilans

Bilans zysków i strat brzmi może bardziej ekonomicznie niż rodzicielsko, ale żadne skrupulatne podsumowanie nie może odbyć się bez takiego zestawienia. Nie zamierzam więc koloryzować ...

Zyski


  • Baaaardzo fajny biust :) Przynajmniej w ciąży. W okresie nawału pokarmu, jego kształt już odbiega od ogólnie przyjętej normy....
  • Niesamowity bagaż doświadczeń, emocji i doznań, które wzbogacają człowieka 
  • Pojawienie się na świecie nowej małej cudownej istotki, dla której ma się ochotę zrobić wszystko...


Straty


  • Cóż, z pewnością w ciąży tracisz swoją figurę. Dla niektórych może to być frustrujące i przygnębiające,  zwłaszcza jeśli dotychczasowe utrzymanie sylwetki kosztowało ich sporo wysiłku, a w ciąży waga skoczyła bez żadnych skrupułów. Pozostaje jednak mieć nadzieję, że jak obiecuje większość czasopism, uzyskanie poprzedniej wagi jest możliwe :)
  • Cellulit- mimo, że go zyskałam, to jednak pozwolicie, że zakwalifikuję go do strat :) Zatrzymanie się wody w organizmie u mnie nastąpiło już na samym początku ciąży i tak przez te długie 9 miesięcy musiałam patrzeć na te nierówności na swojej skórze. Rozstępy- kolejne co można zyskać w ciąży, a czego raczej by się nie chciało. U mnie na szczęście, dzięki heroicznej walce kremami, udało się uniknąć tego wątpliwego zaszczytu... Czego by tu jednak nie wymienić, w skrócie rzecz ujmując, decydując się na dziecko warto pogodzić się z faktem, że zmienia się nasze życie, w tym również nasze ciało. I nie chodzi mi o totalną rozpustę, brak kontroli w jedzeniu i zaniedbywanie się na całego " bo nie mam czasu, bo dziecko jest ważniejsze...". Wydaje mi się jednak, że należy podejść do tego tematu rozsądnie i z dystansem.Wszak czas robi swoje i nawet bez ciąży, nasze ciało przestaje być konkurencyjne dla tych młodszych...
  • Sama ciąża (przynajmniej dla mnie i zwłaszcza jej końcówka) pozbawiła mnie takiej fizycznej niezależności. Do tej pory byłam raczej samowystarczalna ... przykręcić śrubkę, wbić gwóźdź, przemalować regał... żaden problem. Oczywiście dawałam okazję wykazać się Marcinowi i zazwyczaj to on zajmował się tzw. zadaniami technicznymi, jednak zawsze miałam świadomość, że w razie czego mogę zrobić to sama. W ciąży zawiązanie sobie butów okazywało się nie lada wyczynem, nie mówiąc już o innych bardziej energicznych czynnościach... oczywiście chodziło mi o rozprawienie się np. z komarem :)

Muszę jednak przyznać, podsumowując całą to moją kilkumiesięczną przygodę, że ani ciąża, ani poród nie były dla mnie aż tak ciężkim i trudnym przeżyciem jak mi się to wydawało. Pierwsze mijało bez żadnych większych komplikacji czy przykrych doznań, drugie natomiast przebiegło w miarę sprawnie (przynajmniej według opinii personelu medycznego) i liczę, że już niedługo zupełnie o tym zapomnę ... :)

Jestem mamą! 

A teraz pozwolicie, że pójdę świętować swoją 30-stkę :)




czwartek, 15 sierpnia 2013

Ach, te groszki

Ostatnio były kolorowe kropki dla dorosłych, a dzisiaj coś dla maluchów...
Równie spektakularne, równie kolorowe, równie urocze... Kolorowe groszki.

Źródło:  mamissima

Źródło: mamissima

Źródło: mamissima

Źródło: mamissima


Źródło: mamissima


Źródło: 100krotki

Źródło: 100krotki

Źródło: facebook

Źródło: facebook



Źródło: budnet

Źródło: srebrnaagrafka




    Prawda, że cudne ? :)



czwartek, 1 sierpnia 2013

Uszak- salonowy król foteli

Wymarzyłam sobie tradycyjny fotel zwany uszakiem. Stąd właśnie dzisiejszy post :)
I mimo, że na razie z powodu braku miejsca nie będę takiego posiadać, postanowiłam poszperać trochę w necie i popatrzeć na te cudeńka. W końcu dobry plan to połowa sukcesu :)


Na rynku dostępnych jest wiele różnych oryginalnych i cudnych foteli i krzeseł, ja uparłam się na uszaka. Niezbyt wymyślnego, raczej prostego, aby lepiej komponował się z moimi wnętrzami. Oczami wyobraźni widzę siebie jak zatapiam się w nim trzymając na rękach swojego Maluszka... Tak, tak. Uszak ma być miejscem moim i mojego synka, tylko naszym... :) Zanim jednak to nastąpi muszę zdecydować się na wzór i kolor. Zapraszam więc na subiektywny przegląd uszaków. Mam nadzieję, że pomożecie mi w wyborze...

Na początek szarości. Stonowane, eleganckie, trochę chłodne, ale za to bardzo uniwersalne. Klasyka, ale o niebanalnych kształtach.





A może coś bardziej kolorowego i przykuwającego uwagę? Odrobina ekstrawagancji jeszcze nikomu nie zaszkodziła :)




Albo romantycznego i lekkiego? Otulającego zmysły i zapraszającego do odpoczynku...




A może jednak kratka? Swojska, niewygórowana, ale jakże urocza...


Źródło: Perfect82


Wszystkie fotele pochodzą od jednego producenta, firmy Perfect produkującej w Swarzędzu, niedaleko Poznania. Mam więc blisko po zakupy... tylko który fotel wybrać?


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...