Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Domowe pyszności. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Domowe pyszności. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 20 czerwca 2013

Jak zrobić domowe masło?

Dzisiejszy post jest trochę bardziej kulinarny. Wiem, że upały nie sprzyjają gotowaniu, ale domowe czosnkowe masełko do wieczornego grilla jest idealne :) Mam więc nadzieję, że znajdą się osoby, które skuszą się na jego wypróbowanie
Jak zrobić domowe masło? Okazuje się, że bardzo łatwo :)


Potrzebujemy prawdziwej śmietany 30%. Co ważne nie powinna posiadać żadnych dodatków, ulepszaczy itd. a znalezienie takiej śmietany ( jak się okazuje) wcale już nie jest takie proste... (podpowiadam, że w Dino znaleźć można śmietanę w woreczku, a w Tesco - w kubełku, obydwie się nadają, koszt jest porównywalny ze sklepowym masłem)
Kiedy już to nam się uda, wlewamy ją do naczynia : miski lub kamionki i odstawiamy w ciepłe miejsce, aby trochę się skwasiła, trwa to ok. 2 dni (przy panujących upałach wystarczy jeden dzień)


Uruchamiamy mikser i .... działamy.
 Pierwsze efekty to po prostu śmietana ...

 bita śmietana :)
... która po kilku minutach robi się coraz bardziej gęsta ....
 aż w końcu zaczyna wydzielać się z niej masło.


Pozostały płyn to przepyszna maślanka. Mimo, iż nie przepadam za tworami mlecznymi, na myśl o tej maślance ślinka cieknie...
Aby jednak masełko nie zepsuło się zbyt szybko, musimy dokładnie je opłukać z maślanki...
 Do tego celu używamy zimnej, bardzo zimnej wody.

Teraz wystarczy je już tylko uformować w maselniczce i wstawić do lodówki. 
 Na tym etapie masło możemy wymieszać z różnymi dodatkami tj. zioła, czosnek, sól.
Ja zazwyczaj robię podwójną porcję, jedna ląduje w lodówce, druga w zamrażalce zamknięta w pojemniczku.

A potem to już tylko można jeść, jeść, jeść .... :)


sobota, 15 czerwca 2013

Miód sosnowy ... Mniam

Dzisiaj krótki post o miodzie sosnowym. Przy okazji eksperymentów z syropem z młodych pędów sosny wspomniałam, że chciałabym zrobić również miód z tego samego surowca. I prawie się udało ... :)


Młode pędy sosny zalałam wodą i gotowałam ok. 2h.


Do otrzymanego wywaru wsypałam cukier. Kilogram na każdy litr wywaru.


Gotowałam kilka godzin. Już sama nie wiem ile. W każdym razie chodziło o to, aby otrzymać konsystencję miodu :)



Gorący wywar przelałam do słoików i szczelnie zamknęłam.


Efekty? Gęsty miód o smaku ... karmelu. Niestety gdzieś po drodze wygotowałam aromat sosny. Prawdopodobnie zbyt długo gotowałam wywar, czekając aż zrobi się gęsty. Następnym razem muszę skorygować przepis :)





Mimo wszystko miód okazał się całkiem smaczny. Trudno nazwać go sosnowym, ale jak na domowy wyrób baaardzo niedoświadczonej kury domowej, to nie jest źle... W każdym razie kolejna szansa dopiero za rok:)

Pozdrawiam serdecznie



poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Szybko, smacznie, tanio i kolorowo- czyli pomysł na obiad

Wraz ze zmianą pogody, zmienia się również nasze menu. Zamiast ziemniaczanych zapiekanek, golonek i żurku, coraz częściej będziemy jadać lekkie potrawy składające się głównie z warzyw. i właśnie dlatego dzisiaj przedstawiam Wam przepis, który przypadnie do gustu wszystkim miłośnikom wyrazistych smaków i stanowić będzie ciekawą odmianę od codziennych obiadów.

Danie jest proste, szybkie, tanie i dosyć ładnie prezentuje się na talerzu. Nic, tylko gotować:)
Przepis znalazłam w książce kucharskiej Reader's Digest "Gotowe w 30 minut", szukając jakieś inspiracji, ogarnięta nudą codziennego gotowania. Było to jakiś czas temu, ale w związku z tym, że wraz z wiosną zapragnęłam właśnie tego dania, postanowiłam się nim z Wami podzielić.

Oryginalny przepis:



Nie byłabym oczywiście sobą gdybym go nie zmodyfikowała :) Zmiany te wynikają głównie z jak największego uproszczenia i zastąpienia niektórych składników tymi, które akurat mamy pod ręką, a które nie wpłyną znaczącą na ostateczny smak potrawy. I tak:

Makaron- obojętnie jaki. Ja upodobałam sobie do tego dania jajeczny, ale jeśli takiego akurat nie mam, zastępuję go każdym innym.
Dymka- najczęściej mam w domu zwykłą cebulę i to ją stosuję
Musztarda - za każdym razem robiłam z inną musztardą. Wynika to z faktu, że używam takiej, jaką akurat posiadam w lodówce: sarepska, rosyjska... byle niezbyt słodka
Pomidorki koktajlowe- jak zobaczycie poniżej, całkiem nieźle sprawdzą się również tradycyjne zwykłe pomidory



Pozostałych składników raczej nie da się pominąć. Można spróbować ograniczyć się do samej pietruszki lub tylko bazylii, ale ich połączenie daje naprawdę ciekawy efekt. Warto też wziąć poprawkę na proporcje podane w oryginale. Stosuję je co prawda na oko, ale dla dwóch, a nie czterech osób. Jeżeli więc chcielibyście zrobić to danie dla większej gromadki, proponuję zwiększyć ilości, zwłaszcza sosu.

A teraz do pracy:



W garnku zagotuj wodę na makaron. Weź trochę większy, bo razem z makaronem włożysz różyczki brokuł. Możesz dodać kilka kropel oliwy.



W tym czasie rozpuść masło na patelni i dodaj do niego pokrojoną cebulę...


 ... posiekaną bazylię i pietruszkę oraz czosnek

 
Następnie dodaj ok 3 łyżek musztardy...


... i wymieszaj.


I tutaj przyznaję się bez bicia, że tego momentu nie ogarnęłam jeszcze do perfekcji... Połączenie rozpuszczonego masła z musztardą nie wygląda niestety zbyt apetycznie. Jakby zwarzone... W żaden jednak sposób nie wpływa to ostateczny smak. Obiecuję :)

 Tym razem miałam jeszcze resztę roszpunki. Dodałam ją więc jako ozdobę... Idealnie zgrała się kolorystycznie :)
Ugotowany makaron wraz z brokułami nakładamy na talerz. Dodajemy pokrojone pomidory i polewamy sosem. Na końcu możemy ozdobić listkiem bazylii i popieprzyć dla lepszego smaku.





I gotowe!

Ja życzę smacznego. Mam nadzieję, że ktoś z Was skusi się na ten przepis i napisze mi co o nim myśli. Może komuś uda się ogarnąć temat tego nieszczęsnego sosu... :) Będę wdzięczna za pomysły.
Tymczasem zbliża się Majówka i zdaję sobie sprawę, że większość z Was (ja zresztą też) rozpocznie sezon grillowy :) Dlatego, makaron nie zając ... więc życzę pysznie skwierczących kiełbasek, pieczonych ziemniaków i kolorowych sałatek :)

Przede wszystkim duuuużo przyjemności :)


czwartek, 14 lutego 2013

Pomarańczowe Walentynki

Z reguły nie obchodzimy Walentynek. Święto jest jak najbardziej miłe, ale w tłoku codziennych spraw, nie mamy ochoty dokładać sobie kolejnych obowiązków. Dlatego właśnie jeśli akurat się uda nam coś przygotować to fajnie, jeśli nie to nikomu nie jest przykro. Zazwyczaj umawiamy się wspólnie ze znajomymi na pysznej kolacji w jednej z klimatycznych knajpek. W tym roku jednak plany uległy zmianie. Aby jednak zupełnie nie pomijać tego uroczego dnia "wymusiłam" na moim Marcinie tulipany:) W moim przypadku żadne inne kwiaty nie dają tyle radości co właśnie tulipany, a że  nie było tradycyjnych czerwonych, zadowoliłam się pomarańczowymi. Nie wiedzieć czemu na zdjęciu wyszły różowe...


czwartek, 7 lutego 2013

Domowy chleb bez wysiłku:)

Tak jak wspomniałam ostatnio, dzisiaj będzie trochę mniej o wnętrzach, ale w zamian chciałam Wam przedstawić zalety domowego pieczywa. Na wstępie zaznaczam, że nie mam zdolności kulinarnych ani nawet jakiegoś specjalnego zapędu w tym kierunku.

poniedziałek, 1 października 2012

Maliny z mojego ogródka

Mój ogródek, dopiero od niedawna wygląda w miarę przyzwoicie. Roślinki są małe i spektakularnego efektu jeszcze przez jakiś czas się nie spodziewam. Kawałek ziemi przeznaczyłam jednak na warzywniak, w którym rosną truskawki, porzeczki, agrest i maliny. Jestem pod ogromnym wrażeniem, jak szybko urosły. W tym roku mogłam skosztować owoców z tych krzaczków.  Jak na prawdziwego łakomczucha przystało, dosyć szybko poradziłam sobie z tym "problemem":)


Moim zdecydowanym faworytem są maliny. Mimo, iż krzaczki są stosunkowo młode, co kilka dni uzbieram pełną miseczkę tych owoców. Pyszny smak nie jest jednak jedynym powodem, dla którego tak je lubię. Doceniam również ich zmysłowy kształt i piękny kolor. Zresztą oceńcie sami.


Miseczka oraz kubek w kolorowe paski kupiłam w Biedronce. Nie były zbyt drogie i pewnie z tego powodu dosyć szybko się wyprzedały. A chlebak, który widzicie w tle, będzie bohaterem innego posta:)
Poniżej przedstawiam jeszcze kilka zdjęć tych pięknych owoców, które według mnie nie mają sobie równych.



 W związku z tym, że wieczory stają się coraz chłodniejsze, nie ma nic lepszego niż kubek gorącej herbaty z malinami. Pycha.



piątek, 28 września 2012

Nalewka z dzikej róży lub głogu

Owoce dzikiej róży i głogu są idealne na wino. Niestety ich obróbka jest czasochłonna i męcząca. Biorąc pod uwagę ilość jaką trzeba zebrać i przygotować, aby móc cieszyć się smakiem wina, należy przeznaczyć na to zadanie ładnych parę godzin.Właśnie z tego powodu postanowiłam pójść na skróty i zrobić nalewkę.
Przy okazji zbioru jabłek, o której już wcześniej pisałam tutaj, zerwałam trochę owoców dzikiej róży. Osoby, które kiedykolwiek interesowały się tym tematem wiedzą, że owoce te zbiera się po pierwszych przymrozkach. Mają wtedy bardziej wyrazisty smak i stają się miękkie, co ułatwia ich krojenie. Ja jednak nie chciałam czekać. Zebrałam je przed przymrozkami, ale w domu na kilka dni wsadziłam je do zamrażalki. Dzięki temu osiągnęłam taki sam efekt.



Owoce należy umyć i przekroić na dwie połówki. W środku znajdują się gorzkie pestki, które negatywnie wpływają na smak napoju. Po usunięciu szypułek, owoce można pokroić na jeszcze mniejsze kawałki i umieścić w słoiku lub butelce.



Główne reguły robienia nalewek nakazują zasypanie owoców cukrem, a po kilku dniach zalanie ich alkoholem. Może to być spirytus- wtedy mówimy o prawdziwej, tradycyjnej nalewce lub po prostu wódka- ta opcja jest dla osób, które nie przepadają za mocnymi trunkami. Po kilku tygodniach, w zależności od owoców, zlewa się powstały płyn i odstawia na kilka miesięcy w celu "przegryzienia się".
Ja jednak, w ramach minimalizowania czynności koniecznych do stworzenia nalewki, owoce twarde (właśnie jak owoce dzikiej róży czy pigwowca, o których pisałam tutaj) wrzucam od razu do butelki i zasypane cukrem i zalane alkoholem, odstawiam do momentu jego wypicia. Pokrojone owoce pływające w butelce, stanowią według mnie atrakcyjny element dekoracyjny. Oceńcie sami.



Nalewka z pigwowca

Pierwszy raz skusiłam się na nalewkę z pigwy, a właściwie pigwowca. Poczęstowała mnie nią mama mojego TŻ-ta, kiedy narzekałam na przeziębienie. O ile zazwyczaj ograniczam się do samego przygotowywania nalewek i słuchania komplementów osób je pijących, o tyle nalewka pigwowa dodana do herbaty po prostu mnie zachwyciła.
Owoce pigwowca to małe żółte jabłuszka, kwaskowe w smaku i twarde w momencie zrywania. Pigwa natomiast wielkością przypomina prawdziwe jabłko. Smak ma również kwaśny, co właściwie nie zachęca do jedzenia jej surowej. Niezależnie jednak od tego czy są małe czy duże, zawierają dużo witaminki C i właśnie dlatego są tak cenne.



Sposób przyrządzenia nalewki z pigwowca nie jest wcale skomplikowany, a walory smakowe na prawdę warte poświęcenia chwili na jej przygotowanie.
Po umyciu, owoce należy przekroić jak jabłko i oczyścić z pestek. Następnie, pokrojone w drobne kawałki, zasypać cukrem i odstawić do momentu aż puszczą sok. Kolejny krok to zalanie ich alkoholem i czekanie. Najlepszy smak uzyskuje się dopiero po kilku miesiącach. Zapewniam jednak, że warto:)


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...