niedziela, 16 czerwca 2013

DIY - Truskawkowe kostki lodu

Dzisiaj szybki i krótki post, ale za to baaardzo smaczny ...


W moim ogródku pojawiły się pierwsze dojrzałe i soczyste truskawki. Zdecydowana większość została oczywiście skonsumowana, część jednak otrzymała inne zadanie :)


Postanowiłam zrobić owocowe kostki lodu, które po wrzuceniu do szklanki z wodą stanowiłyby fajną ozdobę. Jak postanowiłam - tak zrobiłam :)



Małe owoce można zamrozić w całości. Moje jednak urosły dosyć konkretne, dlatego pocieęam je na mniejsze kawałki.






Na koniec zalałam wodą i do zamrażalki... Truskawki zastępuję również listkami mięty, malinami, a nawet porzeczkami. Z pewnością jeszcze pokaże Wam efekty moich poczynań, ale
właściwie każdy owoc będzie ciekawym akcentem, zwłaszcza zimą do drinków :)

Nie pozostaje mi więc nic innego jak życzyć:

 Na zdrowie!

Zaczynamy remont i kończymy sztukaterię w sypialni

Końcówka długiego weekendu już dawno za nami, a my dopiero teraz zabraliśmy się do pracy. Pogoda wreszcie ustąpiła i pozwala bez obaw krzątać się po ogrodzie, a i przeziębienie, które dopadło najpierw Marcina, a później mnie (muszę przyznać, że ból gardła w ciąży jest strasznie męczący, ponieważ nie można ratować się ogólnie dostępnymi specyfikami, co w przypadku nocnego piekącego-palącego-rwącego bólu jest niemalże dramatem) wreszcie zostało pokonane. Głównie z drugiego powodu - mamy sporo zaległości. 
Brzuch rośnie, Maluch szykuje się do wyjścia, a my jeszcze nie gotowi. Ani sypialnia, ani taras.
Cel pierwszy : definitywnie zakończyć naszą sypialnię tak, aby móc ugościć w niej synka, bez wskazywania palcami co jeszcze trzeba by w niej zrobić. Cel ambitny, bo jak zapewne zauważyliście jesteśmy parą raczej chaotyczną z mnóstwem (zazwyczaj moich, jakże górnolotnych) celów i planów, których jednak realizacja zazwyczaj odbiega od normy. Zaczynamy, nie kończymy, zmieniamy zdanie, rozmyślamy się ...

 
Tym razem jednak motywacja jest duża, a dodatkowo mamy rodzinne wsparcie :) Za które z tego miejsca jeszcze raz baaaardzo dziękuję!
Pokój mimo, iż w sumie urządzony, posiada kilka "niedokończonych spraw" tj. pęknięcia na ścianach, wynikające z osiadania budynku ; niby biały sufit, który jednak nie jest aż tak biały jak byśmy tego chcieli- głównie przez pośpiech przy ostatnim malowaniu oraz resztki komarów... ; wybrzuszenia przy parapecie, które trzeba skuć i otynkować na nowo... w skrócie, uzbierało się kilka "szczegółów", które zakwalifikowaliśmy do słowa remont :)


Mimo, że nie jestem perfekcjonistką, mieszkanie od kilku lat w niewykończonym domu, zrodziło pragnienie posiadania jednego, chociaż jednego pokoju wykończonego na amen. Tym razem więc mamy być poukładani, zorganizowani i ostatecznie skończyć to co zaczniemy :)
Jakby tego było mało, nasze plany remontowe wzbogaciły się o jeszcze jeden szczegół ... sztukaterię.
Pomysł zrodził się w sumie przypadkiem. Zapragnęłam mieć białe listwy przypodłogowe. I o ile przy pośpiesznym urządzaniu domu, żeby móc się do niego wprowadzić, temat odpuściłam - mojemu Marcinowi groziło załamanie nerwowe, a mi śmierć przez uduszenie :) - stwierdziłam więc, że odczekam, żeby chłopaka nie denerwować. I tak dzielnie zniósł wiele moich pomysłów...
Temat jednak powrócił przy okazji ostatniego rodzinnego spotkania. Dostaliśmy propozycję zamontowania sztukaterii. Prawdziwej, wykonanej ręcznie, według tradycyjnego sposobu z gipsu, nie takiej z marketu. Ku mojej ogromnej radości i nieskrywanej wątpliwości Marcina, zdecydowaliśmy się. Z wielkim zapałem pozrywałam poprzednie listwy, aby przygotować grunt pod te właściwe...


 Przyznaję szczerze, że listwy zaczęliśmy robić trochę wcześniej. Najpierw otrzymały swój kształt, potem zostały zamocowane do ścian i trzeba było czekać aż wyschną. Tym razem należało je wyszlifować i wypełnić ubytki klejem oraz silikonem.
Idąc za ciosem, zrobiliśmy również listwy sufitowe, które nadały pomieszczeniu niesamowitego klimatu...



Podejrzewam, że moją stronę czytają różne osoby. Nie wszystkie muszą wiedzieć co to właściwie jest sztukateria, więc właśnie dla nich krótkie wyjaśnienie. 
Sztukateria to elementy ozdobne : gzymsy, ornamenty montowane na ścianach i sufitach pomieszczeń. Stosowane były już od starożytności, dlatego bardzo często można je zobaczyć w różnego rodzaju zabytkach : pałacykach, zamkach czy dworkach. 
Obecnie w marketach budowlanych dostępnych jest wiele zamienników. Są one zdecydowanie tańsze od oryginału, jednak jakościowo nigdy go nie dogonią. Ze styropianu czy żywicy poliestrowej ... To tak jak zamiast prawdziwego drewnianego legara można zamontować piankę, udającą drewno... Z daleka może i nie zauważysz różnicy, ale z bliska już tak. I pewnie gdybyśmy mieli iść do sklepu i decydować co zamontujemy, poszerzylibyśmy grupę klientów, którzy wybierają wersję ogólnie dostępną i tańszą.
Tak się jednak złożyło, że posiadam w rodzinie prawdziwego Fachowca przez duże F, który na sztukaterii zna się jak mało, bo zajmuje się nią zawodowo...



I właśnie dzięki temu, moja sypialnia wzbogaciła się o piękne rękodzieło, a przy okazji mój Marcin poszerzył warsztat swoich umiejętności. Na początku szło trochę opornie, ale ostateczne efekty są całkiem zadowalające. Jak to mówią : pierwsze koty za płoty :)


A tutaj postaram się pokazać różnicę między tym co było, a tym co jest teraz :)

 
Moim zdaniem o wiele lepiej :) To jednak dopiero połowa drogi. Czeka nas jeszcze łatanie dziur i malowanie ... O tym napiszę już niedługo :)


sobota, 15 czerwca 2013

Miód sosnowy ... Mniam

Dzisiaj krótki post o miodzie sosnowym. Przy okazji eksperymentów z syropem z młodych pędów sosny wspomniałam, że chciałabym zrobić również miód z tego samego surowca. I prawie się udało ... :)


Młode pędy sosny zalałam wodą i gotowałam ok. 2h.


Do otrzymanego wywaru wsypałam cukier. Kilogram na każdy litr wywaru.


Gotowałam kilka godzin. Już sama nie wiem ile. W każdym razie chodziło o to, aby otrzymać konsystencję miodu :)



Gorący wywar przelałam do słoików i szczelnie zamknęłam.


Efekty? Gęsty miód o smaku ... karmelu. Niestety gdzieś po drodze wygotowałam aromat sosny. Prawdopodobnie zbyt długo gotowałam wywar, czekając aż zrobi się gęsty. Następnym razem muszę skorygować przepis :)





Mimo wszystko miód okazał się całkiem smaczny. Trudno nazwać go sosnowym, ale jak na domowy wyrób baaardzo niedoświadczonej kury domowej, to nie jest źle... W każdym razie kolejna szansa dopiero za rok:)

Pozdrawiam serdecznie



czwartek, 13 czerwca 2013

Wyjątkowe aranżacje pokoju dziecięcego

Po pozytywnych komentarzach dotyczących pokoju dziecięcego w stylu marynarskim, o którym pisałam tutaj, a który ewidentnie Wam się podoba :) chciałam znaleźć jakieś inne, równie ciekawe propozycje. Tym razem jednak będzie bardziej designersko, pastelowo, a nawet folkowo :) Mam nadzieję, że Was nie zawiodę i każdy znajdzie coś dla siebie ...

Źródło: apartmenttherapy


Źródło: armelleblog
Powyższe połączenie delikatnego i chłodnego błękitu z wyrazistą czerwienią i gorącym słonecznym odcieniem żółtego po prostu mnie zachwyciło. Samo krzesło też jest godne uwagi :)


Źródło: 4little1s4little1s

Źródło: masaruru

Źródło: designkastle

I kolejne mistrzowskie wykorzystanie potencjału koloru niebieskiego: powyżej stonowane połączenie z bielą, a poniżej temperamenty duet z landrynkowym różem. Które lepsze?

Źródło: lilsugar

Źródło: athome

Źródło: globalmama

Coraz bardziej przemawia do mnie połączenie błękitu z żółcią. Może jednak zmienię zdanie i zamiast pastelowej zieleni z niebieskim, pokój dziecka urządzę w takim właśnie zestawieniu? Ciekawe co na to przyszły tatuś... :)





 Zdecydowałam się na białe łóżeczko, muszę jednak przyznać, że kusi mnie, aby zaszaleć z kolorkiem ... :)


Źródło: myhomerocks

Źródło: luczakowie

Źródło: beazleyhome

Źródło: interiorholic


Przyznacie, że powyższe propozycje są baaardzo oryginalne...
 Według mnie mają swój urok, a ich czar w dużej mierze opiera się na zabawie kolorem i niebanalnym wzornictwie. Jest to zupełnie inne podejście do tematu aranżacji pokoju dla dziecka, niż tradycyjne propozycje.  

Które bardziej Wam się podobają?


piątek, 7 czerwca 2013

Walka z przeziębieniem czyli syrop z młodych pędów sosny

Ostatni tydzień walczyłam z przeziębieniem. Marcin przyniósł do domu jakąś zarazę, która niestety przeszła również na mnie. Okropny ból gardła, katar, ból głowy ... Z powodu ciąży odpadła większość aptecznych rozwiązań, trzeba było więc ratować się naturalnie.... płukanki solne, czosnek, gorące mleko z masłem - swoją drogą, od ukończenia przedszkola nie sądziłam, że jeszcze kiedykolwiek napiję się ciepłego mleka... A jednak! Desperacja była spora :)
Leżąc tak w łóżku i czytając jak to inni ludzie ciekawie spędzają czas, natknęłam się na blog Rustykalny Dom, na którym Kasia podawała informacje o syropie sosnowym.


Przyznaję szczerze, że już kiedyś gdzieś o nim słyszałam, ale jakoś pominęłam temat, ponieważ dosyć rzadko choruję. Teraz jednak prawdopodobnie się to zmieni, więc postanowiłam skorzystać ze wskazówek i zacząć działać.



Bałam się trochę, że jest już za późno. Według większości źródeł jakie znalazłam, zbiór pędów najlepiej przeprowadzić na początku maja. Na szczęście jednak długa zima przesunęła wszystko w czasie i zdążyłam znaleźć pędy, nie dłuższe niż 12cm (podobno takie są najlepsze). Dobrze się też złożyło, że sosen jest u mnie pod dostatkiem :)





Po uzbieraniu całego wiaderka, pędy namoczyłam w zlewie, aby oczyścić je z robaczków i resztek starych igieł.





Potem odsączyłam ...



... i zaczęłam ugniatać w słoiku, zasypując pędy cukrem.



Teraz słoik stoi na słoneczku i puszcza syrop :) Szczerze powiem, że nie wiem jak długo powinien tam stać... jedni twierdzą, że 10dni inni, że nawet miesiąc ...


Na razie więc słoik stoi, a jak długo to jeszcze zobaczymy :)
Przy kolejnej okazji (jeżeli jeszcze zdążę znaleźć odpowiednie pędy) chciałabym wypróbować zrobić również miód sosnowy .. Zapowiada się pysznie :)


A czy Wy macie jakieś sprawdzone sposoby na naturalne wzmacnianie odporności?
Jeśli tak, czekam na wskazówki :)



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...